Showing posts with label Seattle. Show all posts
Showing posts with label Seattle. Show all posts

Sunday, November 19, 2017

She was a tigress surrounded by hamsters.


Po tygodniu w bostońskich klimatach biurowo-łokciowych, zimowo-grypowych i dzieciowo-kupowych, po wylądowaniu w San Francisco miałam ochotę płytę całować. Błogosławione Oakland/Berkeley z językiem w policzku, dwoma porami na kolację i wielofunkcyjnym gestem Kozakiewicza. 

Z okazji powrotu do nienadętej ziemi świętej akumulacja zdjęć z okolic (i nieokolic). 


Wanny powracające po śmierci jako kwietniki to pokazowy trik Berkeley. 

"Waste isn't waste until it's wasted" (czyli niezręczne "śmieci nie są śmieciami dopóki nie zostaną zmarnowane") przyświeca idei Urban Ore, gigantycznej hali o powierzchni 12 tysięcy metrów kwadratowych pełnej używanych drzwi, okien, mebli, umywalek, sprzętów, sztuki, książek i ciuchów. Podczas naszej pierwszej wizyty ja i Lee byliśmy wniebowzięci, nasz znajomy zamartwiał się, że wyjdzie z żółtaczką. 

Brałabym.

Ambo to podobno najstarsza woda mineralna świata. Produkowana jest w Etiopii od lat trzydziestych, zawsze w szklanych butelkach. Dopiero niedawno wtrąciła się Coca-Cola, przejęła firmę i teraz leje wodę w plastik.

To nie garażówka, to dekoracje. Uwielbiam to w Berkeley, że można tutaj otwarcie być dziwakiem. Kilka tygodni temu poznałam babkę, która wieczorami dekoruje głowy manekinów, a potem wiesza je na drzewie przed domem. Nie á propos bycia dziwakiem, ale á propos cudownie otwartego Berkeley, seks-surogatka Cheryl Cohen Green (pierwowzór postaci Helen Hunt z Sesji) pracuje właśnie tu (w mieście, nie w domu powyżej). Jeśli nie wiecie o co chodzi, obejrzyjcie ten dokument na youtube.


Z wizytą u Barbary i jej psów. Po drugiej stronie zatoki lądują samoloty na lotnisku w Oakland. Prawie jak na Castle Island!

Ohmega Salvage, kolejne kultowe miejsce do polowań na dziwactwa różne.

Więcej wannokwietników.

Pomimo stu warstw linoleum i cipkowych kafelków, lubię nasze mieszkanie. Zwłaszcza od kiedy wszelkie brudy po poprzednich lokatorach zostały zamalowane. Ale desperacko brakuje mi balkonu albo chociaż kawałka niezacienionego podwórka. W weekendy wygrzewamy stare kości w parku.

Gang w końcu razem w jednym miejscu! Wynajęliśmy na weekend mieszkanie pod Seattle. Justin (może pamiętacie go z różnych wygłupów tu i tu) przyjechał z Tacomy, Michelle  przyleciała z Baltimore, a my z Oakland. Pomiędzy obściskiwaniem się i gadaniem po nocach, łaziliśmy po West Seattle.


Maharaja Cuisine of India. Lee ma wielką słabość do indyjskich bufetów all-you-can-eat. Wyżera na dwa talerze, potem pielgrzymki po dokładki. 

Michelle ma straszne parcie na wszelkie glutenowe żarcie i na obiad najchętniej je śniadanie. Ostatniego dnia poszłyśmy więc nakarmić Michelle penkejkami w Dave's Diner & Brews.


Wzgórza nad Berkeley. Jak się okazuje, troszkę trzeba uważać na zboczeńców i pumy. Od teraz będę chodzić po nich z anteną samochodową i kocimiętką.



Monday, December 2, 2013

Gilda, are you decent?

I've been organizing my hard drive. I've been wading through the picture archive and constantly finding things that make us cry with laughter. Zabrałam się za porządki na dysku. Przedzieram się przez archiwum zdjęć i co chwilę znajduję coś, co sprawia, że wyjemy ze śmiechu.
I present you with the pictures which have us cracking up the most. Some of them them date back to prehistoric times or, at least, to the pre-blogging ones! Przed Wami zdjęcia, przy których rechotaliśmy najbardziej. Niektóre z nich sięgają czasów prehistorycznych albo co najmniej przedblogowych!


Little Man under.
Little Man pod narkozą.

Lee in Seattle. So creepy!
Lee w Seattle. Co za dziwak!

He looks like a senior soaking up Florida sun, no?
Kuracjusz wiosennego turnusu uzdrowiskowego w Ciechocinku.

He deserved it too!
Zasługiwał!

A revelation on a wall of a Camaldolese Priory.
Objawienie na ścianie Klasztoru Kamedułów.

Back in a day, when he was a little rabbit...
Będąc młodym królikiem...


Photo: Lee
Prague's uncut, polished.
Fot.: Lee
Praski nieobrzezany, wypolerowany.

That look! That fat!
Ten wyraz twarzy! Ten tłuszcz!

That's right! Just looking at Joel makes me laugh though.
Prawda! Ale Joel nic nawet nie musi mówić, a ja już się śmieję.

Turning 30 made me feel old and sad.
30 urodziny sprawiły, że poczułam się staro i smutno.

Lee'd argue but trust me, he has no sense of rhythm whatsoever. Tested!
Lee sprzeczałby się, ale wierzcie mi, on zupełnie nie ma poczucia rytmu. Potwierdzone!

This half-DJ is leaving after his ear surgery. If he knew what was awaiting (me driving him home in the rain and DC traffic, before I got my license), he probably would have chosen to stay at the hospital. Ten połowiczny DJ wraca do domu po operacji ucha. Gdyby wiedział co go czeka (jazda ze mną w deszczu i w waszyngtońskich godzinach szczytu zanim miałam prawo jazdy), prawdopodobnie zostałby raczej w szpitalu.

'Oh hi. You're home early.'
'O, cześć. Wcześniej wróciłaś.'

I just retrieved my top from this goat's mouth.
Właśnie odzyskałam koszulkę z koziej paszczy.

Champ vs. Lee in a psychological battle over scrambled eggs.
Champ kontra Lee w potyczce psychologicznej o jajecznicę.

Lee was fooled on April 1. My friends helped me rub it in.
Nabrałam Lee w Prima Aprilis. Znajomi pomogli mi w upewnieniu się, że Lee tak łatwo o tym nie zapomni.

This one is our favorite. It should be our CouchSurfing profile photo! 'Come stay with us, I bet your liver's tasty'. Nasze ulubione! To powinno być nasze zdjęcie profilowe na CouchSurfingu! 'Zatrzymaj się u nas; założę się, że masz smaczną wątrobę.'

Monday, November 16, 2009

Day 75 / Dzien 75.

We left Seattle today after spending a whole week at our friends' house (and we planned on staying just for one night...). There was a lot of roadwork going on in Seattle and our GPS refused to cooperate with the detours, so getting out of the city was a bit stressful (for Lee anyways, I had a brownie for breakfast).
Some of the trip's firsts happened today: the first fast food (actually my first one in years; the brownie made me) and my first nap.
We made it to Portland, where we're staying with Ian's friend Tiffany, whom we met in Seattle, and her husband Brian.

Po calym tygodniu w domu naszych przyjaciol (a planowalismy zostac tylko na jedna noc...) opuscilismy dzisiaj Seattle. Liczne roboty drogowe byly w toku, a nasz GPS odmawial wspolpracy z objazdami, wiec wyjazd z miasta byl nieco stresujacy (dla Lee w kazdym razie, ja mialam na sniadanie ciasto czekoladowe).
Kilka 'pierwszych' w historii naszej podrozy mialo dzisiaj miejsce: pierwszy fast food (moj pierwszy od lat; ciasto mi kazalo) i moja pierwsza drzemka.
Dojechalismy do Portland, gdzie zatrzymalismy sie u przyjaciolki Iana Tiffany, ktora poznalismy w Seattle, i jej meza Briana.


Ian and Kaleidoscope. Ian i Kaleidoscope.


The brownies. Ciasto czekoladowe.

Seattle.

At the time I thought it was the coolest picture ever ;-) Wtedy myslalam, ze to jest najfajniejsze zdjecie na swiecie ;-)

At Tiffany and Brian's in Portland. U Tiffany i Briana w Portland.