Saturday, August 25, 2018

Ditch the firm, fly to Maui, shack up with the super model.


Moja mama. Nieślubne dziecko Robin Hooda i Janiny Ochojskiej. Zawsze kimś się opiekuje, zawsze się o kogoś martwi, zawsze komuś pomaga. Od kilku lat wypruwa żyły w systemie całodobowym, a mogłaby leżeć cyckami do góry, w końcu jest na emeryturze. 

Knułam więc żeby mamę przymusowo wybyczyć i wyleżeć plackiem. I przy okazji zaliczyć jakiś park narodowy. I tak stanęło na Maui.

Miotałam się nad wyborem miejsca na bazę. Północna część wyspy jest najbardziej swojska i surferska. Wschodnia jest najbardziej niedostępna (jak wschodnia to wschodnia i tyle, bo jedzie się tam pół dnia). Południowa to mieszanka brzydkich miasteczek i pięknych plaż. Zachodnia to świetne warunki do snorkelingu, ale również zjadające duszę kondominia i wielkie hotele.  Po obgryzieniu palców podzieliłam pobyt pomiędzy północ i południe. 

Dzisiaj zatem południowe Maui w wersji doktor Jekyll. Pan Hyde będzie w następnym odcinku.


Południowy koniec popularnej Makena Beach należy do lokalsów. Duże fale, silne prądy, surferzy i bodyboarderzy. I dziwaczne złudzenie optycznie. Zobaczcie jak nagle kończy się woda a zaczyna piasek!

I pusta Palauea Beach, czyli leniwa plaża. Niech ktoś to powie rekinom. Trzy ostatnie śmiertelne ataki w Stanach miały miejsce tutaj i na Makena (z poprzedniego zdjęcia).

Nasza dzielnica. Kiedy przeprowadziliśmy się do Kalifornii, z oczami jak spodki zaglądałam ludziom do ogródków, bo wszędzie rosły rośliny, które znałam tylko z palmiarni. Ale na Hawajach to już w ogóle trudno się powstrzymać przed obejmowaniem żywopłotów i fotografowaniem chwastów.

Jasmine B&B. Mikrohotel z trzema pokojami na granicy dżungli i cywilizacji prowadzony przez rodzinę platynowych blond nurków. Blisko do plaży, daleko od brzydoty. Na Hawaje dotarłyśmy po długim dniu w pracy i podróży. Do hotelu dojechałyśmy grubo po zmroku, z cydrem w łapie weszłyśmy do wody. Było ciemno, słychać było tylko dżunglę, droga mleczna wypinała się na niebie. Długo nie zapomnę tej szczęśliwej lecz nieco absordalnej myśli, że siedzę właśnie z mamą w basenie na środku Pacyfiku.

Platynowi nurkowie co wieczór zawieszali na naszej klamce termotorbę z owocami, sokiem, jogurtami i muffinami. Bombowa sprawa, bo rano można natychmiast wybyć na plażę, ze śniadaniem pod pachą.

Widok z hotelu wieczorem...

...i rano.

Historia kościoła Keawala'i dobrze pokazuje, że wyspiarski czas to jednak całkiem inny czas. W 1856 roku wierni zebrali 70 dolarów i zamówili ze Stanów dzwon. Dzwon dotarł w 1860, a dwa lat później został wciągnięty na wieżę. Nie ma co się spinać.

Muszę coś wyznać. Zupełnie nie byłam zafiksowana na punkcie jedzenie na tym wyjeździe. Głównie dlatego, że hawajska scena kulinarna zdecydowanie mniej łaskocze kiedy nie je się (znowu) ryb i owoców morza oraz (nadal) wieprzowiny. Ale również dlatego, że byłyśmy zbyt zajęte (głównie leżingiem plażingiem) żeby zbyt wiele myśleć o jedzeniu. W Maui Brewing Co., lokalnym browarze z restauracją i pubem zjadłyśmy (dość niespodziewanie) najlepszy posiłek: bao z świńskim brzuchem (to znaczy mama zjadła), sałatka ze smażoną komosą (co za genialny patent!), pizza z kozim serem i rzodkiewką.