Saturday, October 29, 2016

You may have a heart of gold. But so does a hard-boiled egg.


Większości wesel unikamy jak teleewangelistów, smarków, albo pokazów fajerwerków. Ale tradycyjne hinduskie wesele w Teksasie? A w roli pana młodego nasz bardzo kawalerski kumpel Chris? Tak, dziękuję i poproszę o dokładkę.

Muszę Was natychmiast rozczarować - nie mam ani jednego zdjęcia z wesela. Dlaczego? Ano, bo wkurza mnie jak wszyscy, zamiast uczestniczyć, latają z aparatami i telefonami. Prawdziwych fotografów było trzech, więc zdjęcia będą. A jak będą, to Wam ukradkiem pokażę. 

Jest za to kilka fot z San Antonio. Mam (niepodzielaną przez Lee) wielką słabość do Teksasu, więc chciałam z tego weekendu wycisnąć jak najwięcej. Koniec końców, najwięcej wyciśniętych zostało łez. 


Piątek spędziliśmy głównie na lotniskach. Nasz pierwszy samolot był strasznie opóźniony. Na nasz drugi samolot nie zdążyliśmy. Kiedy w końcu dotarliśmy, byliśmy wymięci wielopłaszczyznowo i potwornie głodni.


Doczłapaliśmy się do Viva Villa Taqueria. Pożarliśmy tacos. Wtem! Zaczął gdzieś grać świetny meksykański zespół. Poszłam na przeszpiegi i zaraz ewakuowaliśmy się do konkurencji.

Kiedy zespół dawał czadu, testowałam Instagram Stories i udało mi się stracić wszystkie filmiki. That shit is tricky! Na Instagramie zachował się jeden, ale nie oddaje bombowej atmosfery. Cała ekipa ze zdjęcia tańczyła. Bo panowie i panie się znają, ale siedzą osobno. Nawet kelnerzy i kelnerki porzucali swoje obowiązki i pojawiali się na parkiecie albo przy mikrofonie. Jeśli znajdziecie się kiedyś w San Antonio, to w piątek wieczorem hej naprzód marsz do La Margarita!


Nie jesteśmy takie spaślaki, że natychmiast drugi obiad zjedliśmy. Wróciliśmy następnego dnia, bo miasto było sparaliżowane wyścigiem Red Bulla, a my byliśmy tak wymęczeni upałem i wkurwem (zaraz Wam powiem), że chcieliśmy tylko jednego: margarity wielkości głowy. Ale sobota to nie piątek. Nie było zespołu i już nie było tak magicznie. 

Rano ruszyliśmy na azymut na brunch. 'Ale super dach!' - wrzasnęłam. 'Ale okropny dach!' - wrzasnął Lee w tym samym momencie. Natychmiast zaczęliśmy się kłócić o tę pseudo-wieżę. Znikąd pojawił się pan na rowerze i wsparł Lee. Nic się nie znają.

Brunch ukradł nam kilka godzin i spowodował martwicę duszy. A to było tak. Kiedy na stół wjechał rachunek, odkryliśmy, że bank zablokował nam karty kredytowe (to w ogóle cała osobna historia, materiał na scenariusz filmu grozy). Wisiałam na telefonie z bankiem przez godzinę, a Lee palił raka przy stoliku. A potem ja paliłam raka przy stoliku, kiedy Lee jechał do hotelu po inną kartę. Oczekiwanie na jego powrót umilałam sobie niekontrolowanie becząc z bezsilności. Kiedy było po wszystkim, wiedzieliśmy, że wszystkiego już nie zobaczymy. Plan zwiedzania został brutalnie okrojony.

W San Antonio istniało 5 misji, gdzie w XVIII wieku Hiszpanie przekabacali Indian na katolicyzm i próbowali nachapać więcej ziemi niż Francuzi. Tutaj Mission Espada. Czarna ospa, którą przywieźli księża zabiła 3 tysiące Indian Nabedache.

A tutaj Mission Concepción, gdzie Franciszkanie pracowali nad Hasinai i Pajalats. Czułam się tutaj jak w Sakkarze - zupełnie wypluta od nadmiaru słońca (na co zwalam winę za polarowe niebo jak z Mordoru).

W San Antonio główne atrakcje są dwie: Riverwalk i Alamo. Riverwalk to komercyjna dzielnica miasta przyklejona z obu stron do rzeki. Sieciowe restauracje średniej półki, stragany z badziewiem (mini sombreros dla psów i kotów!), płatne atrakcje. No, strasznie tam. Riverwalk przecięliśmy niemal truchtem w drodze do Alamo.  A potem okazało się, że mamy jeszcze jedną przeszkodę do pokonania: wyścig kolarski Red Bulla. Jeszcze więcej ludzi, jeszcze więcej wrzasku. Miły pan policjant przeprowadził nas na drugą stronę toru (słowo dają, teksańscy gliniarze są super! mówiłam Wam jak w El Paso bohatersko uratowali mi tyłek na autostradzie?). Dotarliśmy. 

Amerykanie słabo znają swoją historię, ale o Alamo każdy słyszał. Podczas rewolucji teksańskiej meksykańskie wojsko pod dowództwem okrutnego generała Santa Ana (pewnie mścił się na okropne imię) wytłukło w pień teksańskich obrońców Alamo. W ramach odwetu, Teksańczycy wtłukli potem Meksykanom i tak skończyła się rewolucja.

Thursday, October 20, 2016

I'm not going into the toilet! I'm going into show business!


To już ostatnie analogi z Polski. Mój przedpotopowy laptop obraził się na zdjęcia. Nie bede szedł, nie pójde! Akcja na blogu powinna przyspieszyć w przyszłym tygodniu wraz z nowym komputerem. Bo w kolejce już czeka Teksas z zeszłego weekendu i cała masa staroci zacnych. A ja zaraz wybiegam z domu bo w ten weekend świecę złotym zębem na konferencji w Palm Springs.


Krakusy jadą do Warszawy. Po wyjściu z dworca wsiedliśmy do złego autobusu, ale szybko się zorientowaliśmy i przesiedliśmy się do złego autobusu. Eeech.

Ola, Tomek i Stefan akurat bawili w stolicy na kilka miesięcy. Wizyty Lee w Warszawie ograniczały się do tej pory do planu dworzec-ambasada-dworzec albo dworzec-egzamin-dworzec albo dworzec-potrącenie przez samochód na przejściu dla pieszych-dworzec. Tym razem Lee został przeciągnięty nieco bardziej po mieście. Warszawa dla początkujących.

Po kilku tygodniach na głodzie, leciałam do Miss Kimchi z szaleństwem w oczach. Mój nałóg koreański równa się tylko mojemu nałogowi etiopskiemu. 

Nietypowy niedzielny targ na Kleparzu. Były węgierskie gulasze, rzadko widywane ryby, piękne rzeczy ze skóry i Renata Przemyk w cywilu.

Renia i Michał pokazali nam zeskanowane rodzinne albumy. Dzię-ku-je-my!

W Psie Pianiście zakochaliśmy się kiedy na stół wjechał gryczany naleśnik z kozim serem, miodem i orzechami. A potem natychmiast się odkochaliśmy, kiedy dołączył do niego omlet z surowym jajkiem w środku. Płynne białko obrzydza mnie okrutnie. Pisco sour może się odpiscować.

Przystanek w Krowarzywa. Po wyprodukowaniu kilku szejków pan zza lady pieprznął drzwiami i chyba rzucił pracę. Zdrowo, wegańsko, plus dramaty za friko!

Siedzieliśmy kiedyś ze znajomymi w Bunkrze, Lee poszedł do toalety i wrócił z jakiś facetem. Tym facetem był Mikołaj. Zdecydowanie nasza najlepsza nowa krakowska znajomość! Mikołaj rozpoznał Lee z bloga, Lee przewróciło się w głowie i od tego czasu twierdzi, że jest celebrytą. Ugh, dzięki, Mikołaj!

Ostatni weekend w Polsce spędziliśmy w Cieszynie. Pierwszy przystanek to zawsze sklep Społem po kanapki cieszyńskie. A wiecie skąd śledzie w Cieszynie? Ano, podobno od połowy lat 50-tych Prince Polo importowało batony na Islandię, a Islandia płaciła za nie rybami!


P.S. No nie mogę się teraz użerać z bloggerowym formatowaniem. Czytajcie z zamkniętymi oczami. Psiepsiapsiam.