Tuesday, May 14, 2013

Engum flygur sofanda staekt gess i munn.


Glasgow, Scotland ✈ Reykjavík, Iceland
Glasgow, Szkocja ✈ Reykjavík, Islandia




We'll land in the next post.
Wylądujemy w przyszłym poście.

Saturday, May 11, 2013

Shining finger! This hand of mine glows with an awesome power!


I have booked tickets for my annual immigration pilgrimage to the US (which, instead of patching things up, bit me on my ass) from Scotland. It so happened that Miśka was coming to Edinburgh around the same time, so I flew in early and we got to spend two days together. It was just what I needed - estrogen, personality and witty sense of humor at its best (plus a beautiful city where you don't need to have your eyes around your head).

Miśka brought with her an Argentinian, Alfredo. Remembering his name proved impossible to me. Pasta sauce! - I would hint to myself. But which one? Marinara? Bolognese? Crap! Finally, to make things easier, Alfredo was dubbed 'Sos do Makaronu', which is Polish for pasta sauce.


Bilety na moją doroczną pielgrzymkę imigracyjną do Stanów (która zamiast ukoić ugryzła mnie w tyłek, pisałam już o tym tutaj) miałam ze Szkocji. Tak się złożyło, że w tym samym czasie do Edynburga wybierała się Miśka, więc przyleciałam wcześniej i tym samym udało nam się spędzić razem dwa dni. Dokładnie tego było mi trzeba. Estrogen, charakter i cięty humor w najlepszym wydaniu (plus piękne miasto, w którym nie trzeba mieć oczu dookoła głowy).

Miśka przywiozła ze sobą Argentyńczyka Alfredo. Zapamiętanie jego imienia sprawiało mi straszne trudności. Sos do makaronu! - podpowiadałam sobie. Tylko który! Marinara? Bolognese? Cholera! W końcu dla ułatwienia Alfredo został przechrzczony na Sos do Makaronu.


 The Edinburgh Festival (which is actually almost 30 different cultural festivals and together they form the largest such event in the world) had just ended. During the festivities, nightly stripteases took place in Tron Kirk church-turned-bar. And to think that just a few centuries ago, dropping the word 'hell' in the presence of Tron Kirk was enough to lose your head...

W Edynburgu właśnie zakończył się Edinburgh Festival (czyli, tak naprawdę, niemal 30 różnych kulturalnych festiwali które razem wzięte tworzą największą taką imprezę na świecie). W kościele Tron Kirk przerobionym na bar odbywały się co noc striptizy. Pomyśleć, że jeszcze kilka stuleci temu samo wypowiedzenie słowa 'piekło' w obecności Tron Kirk wystarczyło, żeby stracić głowę.

No visit to Edinburgh is complete without stuffing yourself sick with a potato monstrosity from the shop on the venereal disease street. This time we tested the vegetarian haggis stuffing.
Nie ma wizyty w Edynburgu bez ziemniaczanego monstrum z baru przy uliczce wenerycznej. Tym razem przetestowałyśmy wersję z wegetariańskim haggis.

We also ended up at Kebab Mahal, which has already appeared on the blog as well, e.g. here.
Wylądowaliśmy też w Kebab Mahal, który na blogu również już się pojawiał, m.in. tutaj

Sos do Makaronu is an agreeable kind of guy. When the waiter suggested a very spicy meat dish, Sos agreed with no hesitation, even though, as it was soon made clear, he has zero tolerance for spicy food.
Sos do Makaronu miał to do siebie, że zgadzał się na wszystko. Kiedy kelner zaproponował mu mięso w bardzo pikantnym sosie, Sos zgodził się bez wahania chociaż, jak się wkrótce okazało, tolerancję na ostre potrawy ma zerową.

We were staying at Argyle Backpackers, a very well run hostel right by the Meadows park. The hostel is located in two connected Victorian row houses (extra points for two fully functional kitchens!) and has a conservatory.
Mieszkaliśmy się w Argyle Backpackers, świetnie prowadzonym hostelu przy parku Meadows. Hostel mieści się w dwóch połączonych ze sobą wiktoriańskich kamienicach (bonus za dwie funkcjonalne kuchnie!) i ma ogród zimowy.

We began the next day with brunch at the Victor Hugo Delicatessen.
Następny dzień rozpoczęłyśmy brunchem w Victor Hugo Delicatessen.

It's one of those places where they have the best quality ingredients - ripe cheeses, great cold meats, fresh bread, meaty olives - but don't quite know what to do with them.
To jedno z tych miejsc, gdzie mają składniki najlepszej jakości - dojrzałe sery, świetne wędliny, chrupiące pieczywo, mięsiste oliwki - ale nie za bardzo wiedzą co z tym wszystkim zrobić.

Make me an egg and I'll tell you if you can cook. The cook at Hugo could use some training.
Podobno dobrego kucharza można poznać po dobrze ugotowanym jajku. Ten z Hugo nie miał się czym pochwalić.

I heard that some of the more obese tourists often get stuck in the tight passages of the Scott Monument, also known as the 'gothic rocket ship'. We climbed to the top to see the passages (tight indeed, time for diet!) and the views. 
Słyszałam, że w wąskich przejściach Scott Monument, nazywanego również 'gotycką rakietą', regularnie blokują się co bardziej otyli turyści. Wdrapałyśmy się zobaczyć przejścia (faktycznie ciasno, czas na dietę!) i widoki.

I was tempted to visit the Museum of Childhood but was put off by the image I had in my mind. I envisioned the display cases tightly surrounded by screaming children. With Miśka at my side, I found some courage. Two exorcists are better than one! It turned out that the rooms with the vintage doll collection, of most interest to me, were safe, kids were scared of them!
Ciągnęło mnie do Muzeum Dzieciństwa, ale odstraszała mnie wizja gablot obklejonych przez rozwrzeszczane dzieci. W towarzystwie Miśki nabrałam odwagi, co dwie egzorcystki, to nie jedna. Okazuje się, że sale z najbardziej mnie interesującą kolekcją zabytkowych lalek jest bezpieczna, dzieci się ich boją. Ha!

In the evening we were joined by Mina, by college buddy who had recently moved to Edinburgh. We picked Sos up at the hostel and the 4 of us went sampling Scotch at the local watering holes.
Wieczorem dołączył do nas Mina, mój znajomy ze studiów, który od niedawna mieszka w Edynburgu. Poszliśmy do hostelu po Sosa i w czwórkę pomaszerowaliśmy degustować szkocką w lokalnych przybytkach pijaństwa.

Sometime between one round and the next one, we get the idea for a nighttime visit to one of the spookiest places in the world - Greyfriars Kirkyard.
Gdzieś pomiędzy kolejnymi kolejkami narodził się pomysł na odwiedzenie nocą jednego z najbardziej przerażających miejsc na świecie, Greyfriars Kirkyard

Nothing was haunting us so we spooked each other some, and then...
Nic nas nie straszyło, więc postraszyliśmy się trochę nawzajem, a potem...

...we went back to sampling.
...wróciliśmy do degustacji.



The next morning I was catching a train to Glasgow and then a plane to Reykjavik. But we'll get to it next time.
Następnego dnia rano łapałam pociąg do Glasgow, a stamtąd samolot do Reykjaviku. Ale o tym już następnym razem. 

Saturday, May 4, 2013

Day 43, 44, 45 and 46. Journey's end. Because in a sense, it's the coming back, the return which gives meaning to the going forth.



*An English version will arrive soon*


Dziś już ostatnia część mojego dziennika z Etiopii. Pojawią się jeszcze niepublikowane zdjęcia analogowe z Lalibeli, myślę też nad napisaniem podsumowania całej podróży. Ale na razie zróbmy sobie przerwę!



Dzień 43.

O Mercato słyszeliśmy wiele przerażających historii. Największy targ w Afryce (!) owiany jest bardzo złą sławą. 

Podczas naszego pierwszego pobytu w Addis doszło tutaj do raczej niegroźnych niesnasek pomiędzy dwoma muzułmańskimi ugrupowaniami. Rząd, przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa (czy też raczej na punkcie utrzymywania wizerunku Addis jako bezpiecznego miejsca na obrady Unii Afrykańskiej), postanowił pokazowo interweniować. Skończyło się masakrą przypadkowych muzułmanów przygotowujących się do święta w jednym z pobliskich meczetów. 

Planujemy wybrać się na Mercato żeby kupić przyprawy. Chcemy jechać minibusem, ale kiedy słyszy o tym Yared, łapie się za głowę, werbuje przyjaciela i ostatecznie jedziemy samochodem z dwuosobową miejscową obstawą.

Przepychamy się samochodem przez tłum biegnący w przeciwnym kierunku - do meczetu, a potem przez tłum biegnący w tym samym kierunku co my - z powrotem do swoich stoisk. Mijamy ciągnące się na kilkaset metrów rzędy modlących się muzułmanów. Ten widok robi na mnie ogromne wrażenie, sama nie wiem dlaczego, może dlatego, że ten ludzki mur wydaje się tak bardzo karny, zwarty, nie do pokonania.

Chwile spędzone w Mercato są tak intensywne i nierealne, dzieją się tak szybko, że zanim się obejrzę, już jest po wszystkim. 

Później tego dnia odwiedzamy ulubione miejsca Yareda: 
- malutki barek z sokami z owoców i awokado
- równie niepozorny, zatłoczony lokalik, gdzie Addisabebczycy wyjadają chlebem z metalowych misek fantastyczny ful: inny niż wszystkie, rzadszy, z dużą ilością pomidorów, mocno doprawiony, pyszny
- kawiarnię Tomoca z 60-letnią tradycją, serwującą najlepszą kawę na świecie, koniec i kropka.

I chociaż nauczyliśmy się nie oczekiwać zbyt wiele po Addis, to był bardzo udany dzień, zakończony jeszcze lepiej: piwem i rozmową z Mr. S. udanie prowadzoną w 90% w naszym szczątkowym amharskim, bo Mr. S. po angielsku zna tylko kilka słów.


Dzień 44.

Powtarzamy Yaredowi, że powinien napisać przewodnik po miejscach z najlepszym jedzeniem w Etiopii dla tych, którzy chcą zobaczyć jak naprawdę jedzą Etiopczycy.

W Etiopii wszystko jest albo habesha (dla miejscowych) albo faranji (dla obcokrajowców). Ceny są habesha albo faranji. Hotele są habesha albo faranji. Habesha albo faranji jest też chleb.

Wiadomo, injera to podstawa, ale Etiopczycy jedzą też sporo zwykłego chleba. Na południu odkryliśmy, że zwykle kiedy słyszymy, że skończył się w restauracji chleb, to tak naprawdę skończył się chleb faranji. Nikomu nie przyszłoby do głowy serwować białym chleba dla miejscowych. A habesha dabu jest dobry: zwarty i ciężki, o nieco gumowatej konsystencji, w formie grubego placka krojonego w trójkąty. Białe bułki można jeść w domu!

Wracamy do miejsc, do których zabrał nas wczoraj Yared - na ful, na soki i na kawę. Menadżer Tomoca, ujęty moimi kalekimi próbami rozmowy po amharsku (nadal nie znam czasowników), zabiera nas na zaplecze, gdzie kawa palona jest w tych samych włoskich maszynach co ziarna na pierwszą filiżankę kawy zaserwowaną przez Tomoca w 1953 roku.

Kobieta nadzorująca palenie kawy wie po samym odgłosie stękających ziarenek, kiedy są gotowe do studzenia. Żałuję, że nie wolno mi robić zdjęć, Tomoca pilnie strzeże swoich sekretów. 

Wieczorem umówieni jesteśmy na obiad z Peterem i Sabiną, którzy dzisiaj wracają do Addis przed jutrzejszym wylotem do domu. Niestety, kiedy okazuje się, że dotrą późno, zmuszeni jesteśmy odwołać spotkanie. Po 21. jest w 'naszej' dzielnicy zbyt niebezpiecznie na piesze wędrówki, a taksówki nie chcą się tam zapuszczać bo nawierzchnia (czy raczej jej brak) jest w fatalnym stanie. Mam nadzieję, że ten obiad jest tylko przełożony na później i zjemy go wkrótce w Wiedniu.


Dzień 45.

Ostatnią noc, tak jak pierwszą, postanawiamy spędzić w hotelu Taitu. Przez Taitu przewijają się wszyscy. Któregoś dnia, kiedy siedzieliśmy przed komputerem, na fejsbuku pojawiło się dedykowane naszemu hostowi z Kairu zdjęcie, na którym uśmiechnięty rowerzysta otoczony przez grupkę ludzi rozwijał wypisane na długim kawale papieru życzenia dla Naguiego. Rowerzysta stał... przed Taitu, o ludzie ze zdjęcia siedzieli właśnie przy sąsiednich stolikach! Rowerzysta jedzie przez całą Afrykę, a na początku swojej podróży zatrzymał się u Naguiego.

Zapamiętaliśmy też pewną kobietę, bo bardzo głośno tłumaczyła, że nie ma dla kogoś tam współczucia, a następnego dnia zobaczyliśmy ją na zdjęciu w albumie z pracami znanego etiopskiego artysty który, w ramach ciekawostki, ma za żonę Polkę, też artystkę. Artystka nazywa się Barbara Goshu i jest w Etiopii bardzo popularna, a w Polsce nigdy o niej nie słyszałam. Myślę, że to pewnie tak jak z polskim fenomenem sławy Amerykanina Williama Whartona (niektóre z jego książek ukazały się TYLKO po polsku), który w Stanach jest właściwie nieznany.

No więc wprowadzamy się do Taitu żeby móc wieczorem wyjść i nie martwić się powrotem do domu. Nie obywa się bez dramatów, bo odkrywamy... kałużę moczu w jednym z łóżek. Pokojówki próbują zmienić tylko pościel, my upieramy się, że materac trzeba wymienić również. Następuje konsternacja, bo nie wiadomo gdzie zapodział się klucz do magazynu. Po krótkiej szeptanej naradzie pokojówki wynoszą materac i po chwili wracają... z tym samym materacem. Nie dajemy się nabrać, dramat zatem trwa.


W końcu zasiadamy na werandzie z pękiem czatu, orzeszkami i lokalnymi gazetami. W etiopskich mediach o Etiopii pisze się albo dobrze, albo w ogóle, ale czymś szpalty wypełnić trzeba, więc czytamy o zaręczynach Jennifer Aniston i innych równie ważnych wiadomościach ze świata. Urywa się chmura, wpada Yared z kolegą na kilka partyjek kart. Próbuję wyobrazić sobie jak to byłoby mieszkać w Addis. Bo to miasto, choć samo w sobie męczące i przygnębiające, ma do zaoferowania wiele dobrego.


Po obiedzie lądujemy na whisky w Foalklands Pub. To jak nagły zakręt w czasoprzestrzeni. Pub jest mikroskopijny, bardzo stary i zupełnie nieetiopski, choć przesiadują w nim lokalni bywalcy. Na ściankach wiszą zdjęcia muzyków z Memphis lat 60., a z głośników lecą takie cuda jak Paul Simon i UB40. Co za miejsce!



Dzień 46.

I znowu pielgrzymujemy po kubek soku z awokado i miskę ful, choć brzuchy mamy wypełnione kiepskim śniadaniem, które podarował nam hotel po aferze materacowej.

Spotykamy się z Vanessą, która właśnie wróciła z Hararu. My opowiadamy jej historie z naszej obiazdówki po południu, ona nam szczegóły swoich badań nad leprozoriami. Zapominamy, że Vanessa nie tyka kawy i w wielkim podekscytowaniu prowadzimy ją do Tomoca.

Buszujemy w pobliskiej księgarni, kiedy tuż przed nią z wielkim hukiem pada na ziemię młody mężczyzna. Najpierw myślimy, że jest pijany, ale jego ciało zaczyna wyginać się w konwulsjach. Zbiera się tłumek gapiów, ale nikt nie kwapi się do pomocy. Krzyczę, żeby ktoś zadzwonił po pogotowie. Nikt nie wyciąga telefonu. Dzwonię więc na jedyny etiopski numer alarmowy jaki znam - na policję. Nikt nie odbiera. Biegniemy do pobliskiej kliniki. Doktora nie ma. W międzyczasie chłopak nieco dochodzi do siebie, ma prześwity świadomości. Ktoś pyta kiedy ostatni raz jadł. Dawno, nie dzisiaj. Kupujemy mu słodycze i liczymy, że cukier szybko postawi go na nogi.


Jedziemy pożegnać się z Claudio. Ekipy miało dzisiaj nie być, ale są wszyscy. Żujemy czat, rozmawiamy, chcielibyśmy zostać, ale musimy wracać do Taitu, jesteśmy umówieni z Yaredem. Obiecujemy, że wrócimy zakończyć noc z ferajną w ich ulubionym barze.


Yared i jego kumple wywożą nas do browaru gdzieś w Addis. Pijemy pyszne pszeniczne i jeszcze lepsze ciemne piwo i zaśmiewamy się z anegdot z naszej objazdówki po południu.


Zabieramy Yareda na spotkanie z ekipą, ale wkrótce musimy się z nim pożegnać. Yared stał się nam bardzo bliski i pożegnanie jest niezwykle trudne. Liczę, że uda mi się namówić go na używanie Skypa*.


F. zawozi nas na lotnisko. Jesteśmy strasznie naprani, dziwię się, że udaje nam się przejść przez security. Kolejny sukces - lokalizujemy jedyną otwartą restaurację, gdzie obiad pałaszują kapitanowie Ethiopian Airways. To najdroższy posiłek tego wyjazdu, restauracja liczy sobie fortunę za zwykłe shiro.


Zasypiamy na lotniskowych leżankach, nie nastawiamy budzika. Nie wiem jakim cudem udaje nam się obudzić na czas. W ostatniej minucie boardingu wtaczamy się do samolotu do Kairu. Pożegnanie z Etiopią jest mniej bolesne niż oczekiwałam - jestem bardzo znieczulona.





* Nie wiemy jeszcze, że kilka tygodni wcześniej etiopski rząd zdelegalizował Skypa. Dzwoniąc z Etiopii do Polski i Stanów narażaliśmy się na wyrok 15 lat więzienia!