Showing posts with label state park. Show all posts
Showing posts with label state park. Show all posts

Sunday, January 3, 2010

Day 107 / Dzien 107.

I'm in love with the desert. We spent the night in Anza-Borrego and started the day with a hike to an overlook. Laugh at me, but a few cacti, mountains, and dry dirt as far as I can see, somehow make me very happy. After visiting large cities and being constantly surrounded by people, although we enjoyed it very much, it is a welcomed change to feel like we're the only ones on the planet. And the desert makes it easy.

Zakochalam sie w pustyni. Noc spedzilismy w Anza-Borrego i dzien zaczelismy spacerem do punktu widokowego. Mozecie sie smiac, ale kilka kaktusow, gory i sucha ziemia po horyzont, w jakis dziwny sposob mnie uszczesliwiaja. Po odwiedzeniu wielkich miast i byciu w ciaglym otoczeniu ludzi, mila odmiana jest wrazenie, ze jestesmy jedynymi osobami na ziemi. A na pustyni o takie wrazenie latwo.

During our hike we noticed mysterious piles of carefully arranged stones and then found a huge cactus surrounded by large rocks that looked like they were placed there on purpose. 'A marker?' - we wondered. - 'Could it be a hiding place?'. We were tempted to remove the stones and start digging. We lifted one but then stopped. A treasure would be nice but what if it's a dead body? That would be far less thrilling.

Podczas naszego spaceru zauwazylismy dziwne kupki starannie ulozonych kamykow, a potem znalezlismy wielkiego kaktusa otoczonego duzymi kamieniami, ktore wydawaly sie byc umieszczone tam przez kogos w jakims celu. 'Znacznik?' - zastanawialismy sie. - 'Czy to moze byc kryjowka?'. Korcilo nas, zeby odsunac kamienie i zaczac kopac. Podnieslismy jeden i zmienilismy zdanie. Skarb bylby fajny, ale co jesli to sa zwloki? To bylby znacznie mniej ekscytujace.

The road brought us to Borrego Springs, a true oasis and the only settlement in Anza-Borrego. And after we left the park, we did something we haven't done in a while: we went gambling. Lee did pretty well playing blackjack at the first casino, and at the second one entered a blackjack tournament. The way it worked was very different to what we're used to, so even though he didn't win, it was a learning experience. The casino was hosting a pow-wow (a very commercialized one) and there were dancers changing into their costumes all across the parking lot.

Droga zaprowadzila nas do Borrego Springs, prawdziwej oazy i jedynej osady w Anza-Borrego. Po opuszczeniu parku zrobilismy cos, czego nie robilismy od dawna: rzucilismy sie w hazard. Lee powiodlo sie niezle w blackjacku w pierwszym kasynie, a w drugim zglosil sie do turnieju blackjacka. Zasady bardzo roznily sie od tych, do ktorych jestesmy przyzwyczajeni, wiec pomimo tego, ze nie wygral, to czegos sie nauczylismy. W kasynie odbywal sie pow-wow (bardzo skomercjonalizowany) i na parkingu byl wielki tlum tancerzy przebierajacych sie w kostiumy.

























Day 106 / Dzien 106.

It's hard to believe that desert can be this close to the ocean. Shortly after leaving San Diego we arrived in Anza-Borrego Desert. To me, the landscape could not be any more surreal (well, maybe with the exception of the Antarctica...) and seeing all the cacti and spiky bushes made me feel like I was in an exotic plant store. Lee's spent weeks in the desert so he is very surprised by my never ending shrieks of excitement.

Trudno uwierzyc, ze pustynia moze byc tak blisko oceanu. Niedlugo po opuszczeniu San Diego dotarlismy na Pustynie Anza-Borrego. Jak dla mnie, trudno o bardziej surrealistyczny krajobraz (no, moze za wyjatkiem Antarktyki...), kaktusy i kolczaste krzaki sprawiaja, ze czuje sie, jakbym chodzila po sklepie z egzotycznymi roslinami. Lee spedzil kilka tygodni na pustyni, wiec dziwia go niezmiernie moje nie konczace sie okrzyki podekscytowania.









Wednesday, December 2, 2009

Day 85 / Dzien 85.

There will be more of them from now on, but this one was the first one in a long time, and so it felt very special: a day of (almost) tshirt weather.
We loaded the fridge in a small, very hippie town of Arcata where time seemed to had freezed in the 60s. Then we drove the Avenue of the Giants, a very narrow and full of unexpected turns road through an old redwood forest. When it got too dark to safely navigate it, we returned to the interstate. But not for long. We'll be taking the very scenic and dangerous route that runs along the coast and will eventually take us to San Francisco.

Od teraz bedzie ich wiecej, ale ten byl pierwszy od dluzszego czasu, wiec wydal sie wyjatkowo specjalny: dzien z pogoda na (prawie) krotki rekaw.
Zapelnilismy lodowke w Arcacie, malym bardzo hippisiarskim miasteczku, w ktorym wydaje sie, ze czas stanal w latach 60. Potem przejechalisimy kawal Alei Gigantow, bardzo waskiej i pelnej niespodziewanych zakretow drogi przez stary las wiecznie zielonych sekwoi. Kiedy zrobilo sie zbyt ciemno aby bezpiecznie nawigowac, wrocilismy na autostrade. Ale nie na dlugo. Bedziemy podrozowac wzdluz wybrzeza bardzo malownicza i niebezpieczna trasa, ktora ostatecznie zaprowadzi nas do San Francisco.





It was warm enough for a quick lunch outside!
Bylo wystarczajaco cieplo na szybki lunch na swiezym powietrzu!


One of the giants.
Jeden z gigantow.

Day 84 / Dzien 84.

We had a perfect weather and three hours of sunlight left to explore the Prairie Creek Redwoods State Park, a part of a large protected area along the California coast established to preserve the magnificent trees.
We selected a recommended by a park volunteer 7.5 mile loop of trails, a bit much for the time we had. We decided that if the night caught us in that old forest, it would make the experience even better. And so we went, equipped with snacks and flashlights, just in case. We enjoyed it. The trees were amazing. Sooo big. Many of them had enough space in their cracked trunk bases to shelter two people comfortably. We had to walk fast and not take breaks. Light wasn't good for picture taking anyways. We made it back just as it was getting dark.

Mielismy idealna pogode i trzy godziny dziennego swiatla zeby zobaczyc Park Stanowy Prairie Creek Redwoods, czesc rozleglego rezerwatu wzdluz kalifornijskiego wybrzeza, zalozonego aby chronic te wspaniale drzewa.
Wybralismy polecana przez parkowego wolontariusza 12-kilometrowa petle szlakow - sporo, biorac pod uwage czas jakim dysponowalismy. Zdecydowalismy, ze jesli zastanie nas w tym starym lesie noc, to bedziemy wiec o tyle wieksza przygode. Wyruszylismy wiec, zaopatrzeni na wszelki wypadek w prowiant i latarki. Podobalo nam sie. Drzewa byly niesamowite. Taaakie wielkie. Wiele z nich mialo wystarczajaco duzo miejsca w popekanych podstawach aby udzielic wygodnego schronienia dwom osobom. Musielismy isc szybko i nie robic przerw. Swiatlo i tak nie bylo dobre na robienie zdjec. Wyszlismy z lasu kiedy juz sie sciemnialo.




Tuesday, November 24, 2009

Day 81 / Dzien 81.

After breakfast we went exploring the beach at the Bullards Beach State Park, where we spent last night. It felt really good to finally stretch legs.
We came across a small farm selling fresh eggs and got a dozen. How exciting. We're eggs junkies but don't buy them unless they come from happy free-range chickens. So we don't have eggs very often. For the rest of the drive we were debating on what to make out of them. So many options... They must have shifted around because when we stopped for lunch, I opened the fridge, and they all dropped on the floor. That's our luck.

The place where we stopped was breathtaking and we immediately decided that we were staying for the night. After lunch we spent a couple hours playing at the beach and making our little discoveries. Live mussels! Starfish! Coral-like creatures attached to big rocks and making noises! Sea vegetables! We got back to the van in time to watch the sunset from our prime spot on top of a huge cliff.


Po sniadaniu udalismy sie na eksploracje plazy w Parku Stanowym Bullards Beach, gdzie spedzilismy ubiegla noc. Dobrze bylo w koncu rozruszac zasiedziale nogi.
Minelismy mala farme sprzedajaca swieze jajka i kupilismy tuzin. Wielce ekscytujacy nabytek. Jestesmy jajkowymi narkomanami, ale nie kupujemy ich jesli nie pochodza od szczesliwych, wolno biegajacych kur. Wiec nie mamy okazji ich jesc tak czesto jak chcielibysmy. Debata nad tym co z nich zrobic pochlonela nas do reszty. Tyle mozliwosci... Musialy sie przemiescic w czasie jazdy, bo kiedy zatrzymalismy sie na lunch, otworzylam lodowke i wszystkie runely na ziemie. Takie nasze szczescie.

Ale miejsce, w ktorym sie zatrzymalismy bylo przepiekne i od razu zdecydowalismy, ze zostajemy na noc. Po lunchu spedzilismy kilka godzin bawiac sie na plazy i dokonujac malych odkryc. Zywe malze! Rozgwiazdy! Jakby-korale przyczepione do skal i wydajace dzwieki! Morskie warzywa! Wrocilismy do vana w sama pore aby ogladac zachod z naszego pierwszorzednego miejsca na szczycie wielkiego klifu.