Zanim ogarnę zdjęcia, zapiski i myśli z Kairu (lecz czy to się w ogóle da ogarnąć?), będę kończyć temat krakowski, który wydaje się już się tak odległy w czasie.
W międzyczasie były Gliwice, dopinanie guzików, upychanie wszystkiego co potrzebne na włóczęgę po Afryce w plecaku litrów 34 (włącznie ze śpiworem i buciskami trekkingowymi! jestem z tego faktu bardzo dumna), a potem podróż opóźnionymi pociągami do Warszawy, wylot z ewakuowanego lotniska i zderzenie z zupełnie innym światem.
Przed Wami: moja osoba w piekarniku pod Wawelem - camper ukraińskich kibiców - policjanci impotenci czyli straż miejska w akcji - kąpiel kota - potem inne różności - mecz Hiszpania-Portugalia - oraz wejście do naszej kamienicy i nasza ulica.
A ja uciekam, bo czeka na mnie egipskie piwo, późny obiad i ładowanie akumulatorów na kolejny dzień kairskiego chaosu.






































