Tuesday, February 26, 2019

Is that a llama... with a hammer?


Bardzo lubię chodzić do kina na filmy, o których zupełnie nic nie wiem. Mam wrażenie, że po większości zwiastunów już właściwie nie ma po co się fatygować. Końcówki seriali zapowiadające następny odcinek też są u nas w domu zdelegalizowane. Dzięki unikaniu spojlerów miałam wielką frajdę z Lobstera. A przez te cholerne zwiastuny na Gretę na pewno nie pójdę, bo wszystko już wiem.

Z podróżami coraz częściej też tak mam, że wolę wiedzieć mniej niż więcej. I czuję się szczęściarą, że załapałam się na podróże w prawdziwie nieznane, bo nieprzewidywalnym stopem w czasach sprzed internetu. Przepraszam na moment, muszę iść zażyć witaminy dla seniora i przykleić plastrem brwi do czoła.

W ten też sposób w Hamilton oszczędziłam sobie trzęsienia dupą. Mieszkaliśmy 30 minut za miastem i wpadaliśmy tu a to na targ, a to na obiad. I dopiero po powrocie odkryliśmy, że mieszczą się tu bardzo poważne laboratoria o najwyższym (czwartym) poziomie bezpieczeństwa biologicznego. Prowadzone są tutaj badania nad bakteriami wywołującymi paskudne choroby: gorączkę Q i tularemię. Gdybym wiedziała, pewnie od razu miałabym wszystkie objawy. 


Hamilton zostało założone pod koniec XIX w. przez Marcusa Daly, inżyniera geologa z niesamowitym nosem do biznesu. Podczas wizyty w miejscowej kopalni srebra, poniżej złóż srebra wypatrzył miedź. Kupił kopalnię, wydobył srebro, po czym zamknął kopalnię. Ceny ziemi spadły, Daly kupił wszystkie działki. W tym czasie furorę zaczęło robić elektryczne oświetlenie, ceny miedzi poszybowały w górę. Daly zaczął wydobywać największe złoża na świecie.

Taka ironia, że mam zdjęcia Filling Station Grille, w którym nie jedliśmy i żadnych zdjęć miejsc, w których jedliśmy. A Hamilton nieźle nas zaskoczyło, m.in. świetnymi wegańskimi opcjami w miejscowym browarze albo bardzo przyzwoitym sushi 750 kilometrów od oceanu.

Ale weranda, co?

Te zdjęcia są w kolorze. Słowo daję.

Rancho Bitterroot Bison to dość niezwykła hodowla. Choć ma 60% rynku na mięso bizona, to nie przypomina w żaden sposób typowej dla Stanów masowej produkcji. Właściciel Troy ostrożnie dogląda zwierząt (większość bizonów jest właściwie dzika), a dwa razy w tygodniu niespodziewanie strzela im w łeb. 
Kilka lat temu część stada znalazła dziurę w siatce i przez pięć dni maszerowała na zachód. A potem nagle zmieniła zdanie i przez noc wróciła na ranczo. Niezbadane są wyroki bizonie.

Z Montany przywieźliśmy: kuchenne ścierki z Indii, bambusowe noże niewiadomo skąd, świeczkę z Tennessee, ostry sos jagodowy z Montany, musztardę figową z Kanady, słoik misia niewiadomo skąd i wyciskarkę do cytrusów z Polski. Przeklęta/blogosławiona globalizacja.

Sunday, February 3, 2019

I'm Rex, founder of the Rex Kwon Do self-defense system!


Kiedy powiedzieliśmy Wayne'owi, że zamierzamy pochodzić po pobliskich wzgórzach, najpierw uznał, że to świetny pomysł i opisał najlepszą trasę, a potem popatrzył na nas, westchnął i powiedział, że napewno się zgubimy. Urażeni postanowiliśmy bronić honoru miejskich mięczaków.
Wayne poszedł do domu Xaviera, wrócił z miotaczem gazu na niedźwiedzie i oznajmił, że bez miotacza absolutnie nie wolno nam iść. W Montanie jest mnóstwo czarnych niedźwiedzi i najwieksza populacja grizli w kontynentalnych Stanach. Wayne opowiedział nam kilka historii i nasze parcie na obronę honoru trochę zmiękło. A potem jeszcze trochę, bo Wayne dodał: 'tylko pamiętacie, żeby nasłuchiwać grzechotników'. I w ten sposób dowiedzieliśmy się, że znajdujemy się w samym środku terytorium największej populacji grzechotników w Montanie. Że też nazwa Rattlesnake Gulch (Parów Grzechotników) nas nie zastanowiła.

Następnego dnia wyruszyliśmy trasą opisaną przez Wayne'a. Być może połowa z nas płakała trochę ze strachu przy śniadaniu, ale to zupełnie niepotwierdzone informacje. Pierwszy odcinek prowadził drogą, którą buduje sąsiad.

Potem droga się skończyła. Zaczęliśmy nieśmiało iść na przełaj, ale po kilku krokach usłyszeliśmy grzechotanie. Zamarliśmy. Uważnie nasłuchiwaliśmy skąd dochodzi i ruszyliśmy ostrożnie w inną stronę. Po chwili znowu grzechotanie. I znowu. I znowu. Co kilka kroków zmienialiśmy kierunek. Robiło się gorąco, a my błądziliśmy po zboczu nie robiąc większych postępów. Umordowani w końcu dotarliśmy na grzbiet wzgórza. I wtedy usłyszeliśmy grzechotanie tuż koło nas. Dochodziło z badyla, na którym siedział tłusty owad. Przez ostatnią godzinę głupimi mieszczuchami sterowały owady. 

Widok na 'naszą' dolinę i 'naszą' drogę. Biegaliśmy nią w co drugi dzień, strasząc niechcący sarny. Trzy lata temu w Montanie rowerzysta na ślepym zakręcie wjechał w niedźwiedzia grizzli i został rozgryziony na kawałki.

Kto by się spodziewał kaktusów w Montanie! Nie my.


Szliśmy ścieżką wzdłuż grzbietu wzgórz kiedy nagle usłyszeliśmy straszliwy pisk. Podeszliśmy kilka kroków i zobaczyliśmy wijącego się grzechotnika dobierającego się do nory w ziemi. Niewiele myśląc, rzuciłam w niego grudami ziemi i spłoszony odpełzł. Zdaliśmy potem relację z obrony królików pukającemu się w głowę Wayne'owi. W zastępstwie zdjęcia węża zdjęcie włochatych gąsienic.

A potem ścieżka rozgałęziła się na trzy. Długo obradowaliśmy, w którą stronę powinniśmy pójść. I w końcu poszliśmy. W złą stronę. 

Ścieżka zaczęła zanikać i niedługo schodziliśmy znów na przełaj w stronę lasu. Robiło się coraz bardziej głucho i dziwnie. Miałam przeczucie, że zaraz skądś wylezie coś i nas zje. I wtedy z lasu poniżej rozległ się dźwięk przerażający i makabryczny, a jednocześnie zupełnie nam obcy. Nie niedźwiedź, nie wilk. Jakaś cholerna bestia z zaświatów.
Co teraz? Na przełaj wokół lasu w stronę cywilizacji? Czy z powrotem tą samą długą drogą i przez grzechotnikowe łąki już pewnie o zmierzchu? Postanowiliśmy schodzić w stronę lasu. Z odbezpieczonym miotaczem, dzwoniąc kluczami. Nic w lesie nie zobaczyliśmy, dźwięk już się nie powtórzył, ale na dno doliny dotarliśmy z nerwami w strzępkach. Następnego dnia na herbacie u Wayne'a opisaliśmy co słyszeliśmy. 
Wayne pogrzebał chwilę w telefonie i włączył audio.
- "Coś takiego?"
- "Tak! Dokładnie to!"
- "To krzyk godowy pumy."


Wjazd na posiadłość Xaviera. Te dwa wzgórza nad nią to właśnie Rattlesnake Gulch.

Kiedy dojechaliśmy po raz pierwszy do naszej chatki, powitały nas dwa konie. Ale kiedy okazało się, że jesteśmy mięczaki i oddamy im cały zapas jabłek i marchewki, ten kolo już nigdy swojego kumpla do nas nie dopuścił.


No dawaj głupi ludziu te marchewki.

Sunday, January 20, 2019

Mules Are So Half Ass.


Wiecie, że z wakacji często wracamy w zupełnym amoku i natychmiast zaczynamy knuć, żeby się przeprowadzić tam, skąd właśnie wróciliśmy. Lee to już w ogóle jest specjalny przypadek, nawet z Lublina wrócił zachwycony.

Pisałam już o tym tutaj: "Od powrotu z meksykańskiej wyspy Holbox ciągle łapię się na szukaniu biletów do rzeżączkowego Cancun. Od powrotu z Etiopii zawsze rozglądam się za pracą w Addis Ababa, rozważałam już nawet Departament Stanu i dopiero Trump wybił mi ten pomysł ze łba. Od powrotu z Nowej Zelandii przekonuję Lee, że powinien zostać profesorem na uniwersytecie w Auckland."

Do Montany polecieliśmy na dziesięciodniowe pracowakacje i zupełnie straciliśmy rozum. Lee głowił się nad tym, jaki dom nam zbudować, ja nad tym, jaki kawałek ziemi kupić. Zamęczaliśmy sąsiadów piosenkami country i planowaliśmy wizyty na strzelnicy. 

Czy czeka nas kowbojskie życie? Pewnie jednak nie. Zimy w Montanie są brutalne. Lata również. A już najbrutalniejsze są komary. A poza tym w międzyczasie zdążyliśmy już napalić się na inne miejsca i teraz ja przeglądam nieruchomości na Hawajach, a Lee fantazjuje o życiu w Odessie. Ale do Montany jeszcze wrócimy. 


Jak już kiedyś wspominałam, na widok krów mam odruch bezwarunkowy, na który składa się wskazanie palem i eksklamacja 'patrz, krowa!'. Podobny mam na widok koni. I owiec. I innych ciekawych zwierząt. I innych ciekawych nie-zwierząt. Jak tak teraz o tym myślę, to w sumie dziwię się, że Lee nie podaje mi narkozy przez wpuszczeniem do samochodu. 
No więc, ku nieszczęściu Lee, obok tych mułów przejeżdżaliśmy niemal codziennie. I dopiero teraz dotarło do mnie, że to chyba jednak nie muły. Przeglądnęłam zdjęcia koni, osłów i ich mieszanek (wiecie, że jest coś takiego jak osłomuł?) i najbardziej przypominają mi one konie Przewalskiego, no ale przecież to niemożliwe. Jest tu ktoś od koniowatych?

Mobilne kurniki dla kur-nomadek.

W pewnym momencie drogę przecina brama na kod. Dostęp mają tylko mieszkańcy doliny i ich goście. Listonosze i kurierzy paczki zostawiają w budce, w której ukrywa się też telefon, bo zasięg w okolicy jest conajmniej humorzasty.

Jeszcze kilometr krętą drogą i dojeżdżamy na miejsce. Po lewej nasza chatka, po prawej dom właściciela. Dopiero po przyjeździe dowiedzieliśmy się, że jest nim współzałożyciel Greenpeace i były dyrektor Oceany, który część roku spędza tu, a część na Majorce. Niestety Xavier jeszcze bawił w Europie, ale zajął się nami Wayne, który porzucił karierę w Nowym Jorku na rzecz spokojnego życia w montańskim lesie, gdzie drogę potrafi zajść 350-kilogramowy grizli (true story).

Mieszkamy w bardzo lewackim mieście, światopoglądowo jesteśmy liberałami, religijnie gdzieś pomiędzy ateistami a apateistami, kulinarnie wegetarianami. Rzadko poznajemy kogoś, kto jest od nas pod każdym względem inny. Wayne jest republikaninem, chodzi do kościoła, a w zamrażarce ma jelenia z własnego odstrzału. Obwąchiwaliśmy się ostrożnie, ale końcówkę naszego pobytu w Montanie spędziliśmy już w domu Wayna i przy pożegnaniu wszyscy ocieraliśmy oczy. Strasznie się w Stanach od siebie wszyscy oddaliliśmy i nawzajem zdemonizowaliśmy, zwłaszcza po ostatnich wyborach prezydenckich. A świetnie by nam wszystkim zrobiło, gdybyśmy częściej mieli okazję zwyczajnie usiąść przy jednym stole z kimś, kto myśli inaczej. W Polsce też.

Śniadania na werandzie, lunche na werandzie, praca na werandzie.

Z miejscowego targu wróciliśmy z chlebem, kwitnącym szczypiorem, rukolą, jajkami i czerwoną kiszoną kapustą o nazwie 'Little Polish Girl'. Jako little Polish girl nie mogłam się powstrzymać.

Nie mówiłam w pracy, że wyjeżdżam, więc kiedy niespodziewanie zwołano ważne zebranie, postanowiłam po prostu nie włączać kamery w laptopie. Ale i tak zaraz wszystko się wydało, bo ktoś zapytał u kogo tak drą się ptaki, a potem okazało się, że wszyscy poza mną mają włączone wideo i widać, że są w biurze.

Konie były naszymi jedynymi sąsiadami.

Lee cały czas czymś rzuca: śmieciami do kosza z odległości pięciu kroków, zakupami do wózka, kamykami w znaki drogowe, skarpetkami w świętej pamięci kota. Musiałam w domu zdelegalizować piłki, bo nie dało się żyć. Tutaj Lee moment po tym, jak niechcący wrzucił koszulkę na dach. Na pierwszym zdjęciu z serii Lee jeszcze ma wyciągnięte w powietrzu ręce, jakby właśnie zdobył trzy punkty, ale minę już rozpaczliwą. Zdaję się na Waszą wyobraźnię, bo cenzor nie przepuścił zdjęcia.



Pewnie już się przyzwyczailiście, że czasem robimy głupie rzeczy, ale w przyszłym odcinku będziemy robić naprawdę głupie rzeczy. To do zobaczenia!