Friday, September 21, 2018

It's not my fault, it's my pocket's fault!


Maui to dwa sklejone ze sobą wulkany. Wygasły Kahalewai tworzy mniejszą, zachodnią część wyspy, drzemiący Haleakalā większą, wschodnią. Budowa dróg na Maui to nie była łatwa sprawa - urwiska magmowej skały wyrastającej prosto z wody, erozja, gęsta dżungla.  Zachodniej części nie da się nawet w pełni objechać, droga na południe w pewnym momencie kończy się w polach lawy. To rezerwat 'Āhihi-Kīna'u.

Ten kawałek wyspy to prawdziwy pan Hyde. Piękne plaże, palmy, kwiaty i technikolor zmieniają się w bure rumowisko, zaczyna siąpić, robi się złowrogo, zapada się dusza. Ze zdziwieniem oglądam wywołane klisze i odnajduję na nich nieco zieleni. W mojej pamięci wszystko zapisało się na czarno-biało.


Ten dziwaczny krajobraz przypomniał mi drogę przez Dolinę Śmierci, gdzie za każdym zakrętem od nowa zastanawiałyśmy się czy to, na co patrzymy to dziwaczna natura czy cywilizacyjna tortura. Jedziemy wąską drogą, z jednej strony lawowe gruzy, z drugiej strony lawowe gruzy. Zakazy zatrzymywania się, tabliczki kategorycznie zabraniające wchodzenia na lawę. Strefę patroluje helikopter. Ki licho? W drodze powrotnej helikoptera nie było, zatrzymałyśmy się na inspekcję. Nic wartego ochrony nie wypatrzyłyśmy. Dopiero po powrocie do domu odkryłam, że chroniono tam nas. Tuż po wojnie amerykańska marynarka wojenna ćwiczyła tu bombardowanie. Niewybuchy nadal tu czekają na niewinne kozy i winnych ludzi.


'Āhihi-Kīna'u na każdym kroku są ślady lawowej architektury jeszcze sprzed europejskiej inwazji (donoszę z satysfakcją, że James Cook został zatłuczony pałkami na sąsiedniej wyspie podczas próby porwania hawajskiego króla) - lawowe murki, lawowe ściany domów niegdyś pokrytych liśćmi palmowymi, lawowe stawy rybne.

Gejzery morskie (ang. blowholes) to gejzery zupełnie udawane. Przez erozyjne dziury w skale  fale wypychają wodę na wysokość nawet 30 metrów, a potem wsysają ją z powrotem, szokująco często z wkładką mięsną w postaci zdziwionych turystów. Reporterzy lokalnej stacji telewizyjnej mówią, że mają już dość jeżdżenia na relacje z tych wypadków, bo jeden z gejzerów (a jest ich na Hawajach sporo), wciąga nawet sześciu frajerów rocznie. Scenariusz jest zawsze taki sam - po ominięciu tablicy z ostrzeżeniami i wyłączeniu rozsądku ofiara ustawia się przy gejzerze do zdjęcia lub nagrywa filmik pląsając przy krawędzi.




Saturday, August 25, 2018

Ditch the firm, fly to Maui, shack up with the super model.


Moja mama. Nieślubne dziecko Robin Hooda i Janiny Ochojskiej. Zawsze kimś się opiekuje, zawsze się o kogoś martwi, zawsze komuś pomaga. Od kilku lat wypruwa żyły w systemie całodobowym, a mogłaby leżeć cyckami do góry, w końcu jest na emeryturze. 

Knułam więc żeby mamę przymusowo wybyczyć i wyleżeć plackiem. I przy okazji zaliczyć jakiś park narodowy. I tak stanęło na Maui.

Miotałam się nad wyborem miejsca na bazę. Północna część wyspy jest najbardziej swojska i surferska. Wschodnia jest najbardziej niedostępna (jak wschodnia to wschodnia i tyle, bo jedzie się tam pół dnia). Południowa to mieszanka brzydkich miasteczek i pięknych plaż. Zachodnia to świetne warunki do snorkelingu, ale również zjadające duszę kondominia i wielkie hotele.  Po obgryzieniu palców podzieliłam pobyt pomiędzy północ i południe. 

Dzisiaj zatem południowe Maui w wersji doktor Jekyll. Pan Hyde będzie w następnym odcinku.


Południowy koniec popularnej Makena Beach należy do lokalsów. Duże fale, silne prądy, surferzy i bodyboarderzy. I dziwaczne złudzenie optycznie. Zobaczcie jak nagle kończy się woda a zaczyna piasek!

I pusta Palauea Beach, czyli leniwa plaża. Niech ktoś to powie rekinom. Trzy ostatnie śmiertelne ataki w Stanach miały miejsce tutaj i na Makena (z poprzedniego zdjęcia).

Nasza dzielnica. Kiedy przeprowadziliśmy się do Kalifornii, z oczami jak spodki zaglądałam ludziom do ogródków, bo wszędzie rosły rośliny, które znałam tylko z palmiarni. Ale na Hawajach to już w ogóle trudno się powstrzymać przed obejmowaniem żywopłotów i fotografowaniem chwastów.

Jasmine B&B. Mikrohotel z trzema pokojami na granicy dżungli i cywilizacji prowadzony przez rodzinę platynowych blond nurków. Blisko do plaży, daleko od brzydoty. Na Hawaje dotarłyśmy po długim dniu w pracy i podróży. Do hotelu dojechałyśmy grubo po zmroku, z cydrem w łapie weszłyśmy do wody. Było ciemno, słychać było tylko dżunglę, droga mleczna wypinała się na niebie. Długo nie zapomnę tej szczęśliwej lecz nieco absordalnej myśli, że siedzę właśnie z mamą w basenie na środku Pacyfiku.

Platynowi nurkowie co wieczór zawieszali na naszej klamce termotorbę z owocami, sokiem, jogurtami i muffinami. Bombowa sprawa, bo rano można natychmiast wybyć na plażę, ze śniadaniem pod pachą.

Widok z hotelu wieczorem...

...i rano.

Historia kościoła Keawala'i dobrze pokazuje, że wyspiarski czas to jednak całkiem inny czas. W 1856 roku wierni zebrali 70 dolarów i zamówili ze Stanów dzwon. Dzwon dotarł w 1860, a dwa lat później został wciągnięty na wieżę. Nie ma co się spinać.

Muszę coś wyznać. Zupełnie nie byłam zafiksowana na punkcie jedzenie na tym wyjeździe. Głównie dlatego, że hawajska scena kulinarna zdecydowanie mniej łaskocze kiedy nie je się (znowu) ryb i owoców morza oraz (nadal) wieprzowiny. Ale również dlatego, że byłyśmy zbyt zajęte (głównie leżingiem plażingiem) żeby zbyt wiele myśleć o jedzeniu. W Maui Brewing Co., lokalnym browarze z restauracją i pubem zjadłyśmy (dość niespodziewanie) najlepszy posiłek: bao z świńskim brzuchem (to znaczy mama zjadła), sałatka ze smażoną komosą (co za genialny patent!), pizza z kozim serem i rzodkiewką.

Monday, July 30, 2018

Yeah, well you know, your mom's tits, they're fake!


Kiedy jestem pilotem, to pilnuję GPSa i mapy, zabawiam anegdotami, wskazuję palcem każdego konia, no i dokumentację fotograficzną robię. Kiedy jestem kierowcą, wszyscy trochę tracą - prędkości emeryckie, darcie mordy, głupie numery (kilka dni temu ruszyłam ze skrzyżowania na wstecznym), konie przegapione, zdjęć z drogi brak.

A w drodze do Point Reyes jest co oglądać. Dwunastopasmowa autostrada zmienia się w   krętą dwupasmową drogę, z betonowego wjeżdża się w zielone, zasięg telefoniczny znika, pojawiają się krowy. Im bliżej celu, tym więcej zakrętów, krów i dziur w asfalcie. 


Widok na Drake's Beach, na której w 1579 roku wylądował Francis Drake, korsarz na usługach angielskiej królowej. Drake zrobił sobie tutaj przerwę w łupieniu miast Nowego Świata i napadaniu na hiszpańskie statki, i zaklepał Kalifornię dla Anglii. Skumał się też z plemieniem Coast Miwok, sprezentował mu odebraną Hiszpanom chińską porcelanę, naprawił statek, przybił mosiężną tablicę pamiątkową i odpłynął cwaniaczyć w Indonezji.

Ta pamiątkowa tablica nie dawała spokoju wielu amerykańskim historykom, ale nikt nie był tak sfiksowany na jej punkcie jak Herbert Eugene Bolton, wybitny profesor historii na UC Berkeley. Bolton niestrudzenie szukał tablicy przez całą swoją karierę i nękał studentów aby też jej szukali. Tak zaczyna się historia jednego z najbardziej spektakularnych fałszerstw w historii Stanów. 
Bo to było tak. Bolton należał do bractwa E Clampus Vitus (czyli w skrócie ECV) zrzeszającego historyków i pasjonatów historii, którzy w równym stopniu zajęci byli ochroną zabytków amerykańskiego Zachodu, co biesiadowaniem i pajacowaniem. W ramach żartu kilku członków bractwa postanowiło dać w końcu Boltonowi tablicę (a potem przyznać się do wszystkiego podczas zakrapianego zebrania).
Kupili kawałek mosiężnej blachy, wykuli w mniej tekst zgodny z opisami z dzienników Drake'a, wyklepali, wypalili żeby nadać jej patyny, wyklepali jeszcze raz, polali chemikaliami, wysmarowali ziemią, posypali popiołem, wypalili raz jeszcze i zakopali na jakiś czas w ziemi.  Dla draki na rewersie tablicę podpisali 'ECV' farbą świecącą w ultrafiolecie. A potem podrzucili ją w okolice Drake's Beach. Rok był 1933.

Tablicę znalazł kierowca bogatego bankiera, który przywiózł pracodawcę w te okolice na polowanie. Woził tablicę w bagażniku przez kilka tygodni, a potem wyrzucił ją przy drodze kilkadziesiąt kilometrów dalej. Trzy lata później znalazł ją sklepikarz, pokazał zaprzyjaźnionemu studentowi z UC Berkeley, a ten wysłał go natychmiast do profesora Boltona.
I tu zaczyna się część historii, którą należy czytać tylko jednym okiem, zza dłoni podtrzymującej czoło. Bolton bowiem, cały rozgorączkowany i posikany, natychmiast kazał uniwersytetowi odkupić tablicę na nieziemską sumę. A potem ogłosił publicznie, że jeden z największych skarbów w historii ludzkości został odnaleziony, a autentyczność tablicy nie ulega wątpliwości. Bractwo miało oczy jak spodki.
Sprawy poszły za daleko, żeby ECV przyznało się do żartu. Ale przez kilka kolejnych lat próbowało ono mniej lub bardziej delikatnie wyprowadzić Boltona z błędu, tak aby nie stracił on twarzy. Klapki na oczach Boltona trzymały się mocno. Tablica trafiła do podręczników historii.
Spełniony Bolton na szczęście zmarł zanim w latach siedemdziesiątych tablica została poddana nowoczesnym testom i prawda wyszła na jaw.

Amerykanie niemal całkiem wytłukli słonie morskie, ale powróciły one w końcu w latach siedemdziesiątych i od tego czasu ich populacja w Point Reyes ciągle rośnie. A co za tym idzie, populacja żarłaczy też. W marcu, szukając wielorybów, przypadkiem trafiliśmy z Lee na sezon rozrodczy słoni, zdjęcia jeszcze będą!

Kiedy wdrapywałyśmy się tutaj, przypomniał mi się Robin z Sherwood. Pamiętacie? To ta wersja Robin Hooda, w której występuje Michael Praed i jego grzywka. W czołówce z zamglonego wzgórza gapi się rogaty bóg. Z tego zamglonego wzgórza gapił się wielki jeleń.

Plaża Limantour. Wiatr to najgorszy element pogodowy. Kto ma włosy jak niemowlak, ten wie. Ja wiem, że deszcz, że śnieg, że lepkie upały, że kupa z nieba (tu link dla niedowiarków). Nigdy nie będę mieć kabrioletu, nigdy nie będę odgrywać sceny z Titanica, nigdy nie będę mieszkać tam, gdzie cały czas wieje. Wystawcie mnie na halny, będę wisieć w trzy dni.

Hostel w Point Reyes w XIX wieku był pionierską farmą mleczną, a w czasie II wojny światowej bazą wojskową. A teraz, razem z innymi kalifornijskimi placówkami HI (Hostelling International) pokazuje jak być świetną bazą wypadową dla wszystkich, nie tylko dwudziestokilkulatków z marskością wątroby.

Kiedy powiedziałam znajomym, że zabieram mamę do hostelu, uznali mnie za zwyrodnialca.

To jest mój ulubiony punkt widokowy w Point Reyes. Great Beach. Z góry wygląda niewinnie, ale to potwornie niebezpieczny odcinek wybrzeża. Kilkumetrowe fale, mgła i wiatr wiejący nawet (trzymajcie się za majtki) 214 km na godzinę. Zanim w 1870 roku Point Reyes doczekał się w końcu latarnii morskiej, przy Great Beach ciągle rozbijały się statki.

Tunel cyprysowy. Po drugiej stronie znajduje się budynek radia morskiego, które m.in. odbierało komunikaty w kodzie Morse'a nadawane z przepływających statków.

Plan miałam taki, że wrócimy wzdłuż wybrzeża i zahaczymy o punkt widokowy na Golden Gate. Och, jaka byłam naiwna. Wzdłuż wybrzeża wróciłyśmy, świetne burrito z knajpy w dawnej wieży ratowniczej wciągnęłyśmy, a potem dotarłyśmy do mostu i oczy zaszły mi krwią. Bo to wygląda tak. Jedziesz w górę, punkty widokowe są po lewej stronie. Więc musisz dojechać do końca drogi i zawrócić na rondzie. Teraz jedziesz w dół i polujesz na miejsce na jednym z kilku maleńkich parkingów. Trzydzieści samochodów przed tobą i trzydzieści za tobą robi to samo. Dojeżdżasz na sam dół, zawracasz, jedziesz do góry, zawracasz na rondzie, polujesz, zawracasz. Mama zrobiła zdjęcie z samochodu, pojechałyśmy do domu. W ramach nagrody pocieszenia zdjęcia mostu z naszej objazdówki sto lat temu (tutaj).

Jelly Bus. Jeden odnowiony szkolny autobus. $950 za cztery weekendowe godziny. W cenie absolutnie nic, oprócz samego autobusu. Pomysł życia, interes życia.

Relacja z Alcatraz już była (tutaj), więc się nie będę wygłupiać. Na wyspie nic się nie zmieniło, oprócz tego, że zniknęła super ciekawa moim zdaniem wystawa o więziennym jadłospisie. No ale ja myślę tylko o jedzeniu.

Co roku w czerwcu z promu przy Alcatraz wyskakuje 2000 osób i płynie do San Francisco. Tak zaczyna się jeden z najważniejszych triathlonów na świecie. Tutaj zdjęcie z tego roku. Do tej pory wszyscy dopłynęli ze wszystkimi kończynami.