Sunday, January 14, 2018

It is not that I am mad, it is only that my head is different from yours (a.k.a. Martinique, part 1: Fort de France)


Dwa lata temu, w środku nowoangielskiej zimy i rodzinnego kryzysu, poczuliśmy że musimy ratować głowy. Zika rządziła w wiadomościach, ceny biletów na Karaiby leciały na łeb, uciekliśmy na kilka dni na Martynikę. Nie wiem jak to się stało, że zdjęcia przeleżały tak długo. Dobra wiadomość jest taka, że w 2018 będę mieć dla bloga trochę więcej rozumu i czasu (nowa praca). Czekam na emeryturę.

To dziwaczne uczucie - polecieć cztery godziny na południe i wylądować w Unii Europejskiej, płacić w euro i biegać po wodę do Carrefoura. Martynika jest zamorskim terytorium Francji i najbardziej oddalonym od Europy kawałeczkiem Unii.

Fort de France zawsze żył w cieniu pięknego Saint-Pierre. Nawet kiedy stał się stolicą, konkurent nadal pozostawał kulturalnym i ekonomicznym centrum wyspy. W jeden dzień wszystko się zmieniło. W 1902 roku wybuchł górujący nad Saint-Pierre wulkan i zgładził całe miasto. Fort de France został sam na scenie.

Brzydki Fort de France stał się naszą bazą na wypady w inne części wyspy, ale lepiej byłoby ominąć go całkowicie, zwłaszcza jeśli rejsowicze wyzwalają w Was wewnętrznego Euzebiusza.


Fort Saint Louis góruje nad miastem. To nadal aktywna baza wojskowa, której część można zwiedzić. Podobno. Nas żołnierze odprawili z kwitkiem.


Cesarzowa Józefina pochodziła z Martyniki. Po ślubie z Napoleonem namówiła go na przywrócenie niewolnictwa zdelegalizowanego wcześniej przez Francję. Nic więc dziwnego, że kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach ktoś urżnął pomnikowi Józefiny łeb, a potem pochlapał resztę imitującą krew farbą, mieszkańcy wyspy nie byli specjalnie poruszeni. 26 lat później Józefina nadal stoi krótsza o głowę, której zresztą nigdy nie odnaleziono.

Biblioteka Shoelchera odstaje architektonicznie od reszty wyspy. A to dlatego, że zbudowano ją we Francji, a potem w kawałkach przetransportowano na wyspę. Szukałam informacji o niej i trafiłam na recenzję, która idealnie obrazuje dlaczego rejsy drażnią mnie jak pociąganie nosem. "Jeśli lubicie tego typu rzeczy, to warto zajrzeć, ale nie oczekujcie, że ktoś was przywita i opowie wam o tym miejscu. Wchodzisz, oglądasz, wychodzisz. Nikt cię nie wita, nawet jeśli tam pracuje. MAJĄ TO W NOSIE. Nikt w mieście nie mówi po angielsku i nawet nie próbuje. (...) Wcale nie podobał mi się ten port." Jezu.

Na targu jest kilka restauracji serwujących typowe lokalne dania, co podobno samo w sobie jest nowością, bo do niedawna w restauracjach na Martynice serwowano tylko słabą namiastkę francuskiej kuchni, a domowo jadano tylko w domach. My trafiliśmy to Chez Carole, gdzie wszystkim ale to wszystkim zajmuje się jedna kobieta-maszyna. Gotuje, obsługuje gości, sprząta stoliki, miesza drinki, zabawia rozmową. Chciałabym po dwóch kawach (czy matchach raczej) być w połowie tak energiczna jak Carole. Po obiedzie próbowałam wydukać coś tam po francusku, ale coś poszło nie tak i Carole ucieszyła się, że jesteśmy w podróży poślubnej i przyniosła nam w prezencie deser. Może powinnam dukać częściej. Na moim talerzu soczewica, ryż i potrawka ze skrzydelnika wielkiego (czyli morskiego ślimaka), a na talerzu Lee potrawka z ryby.

Jak widać, tego dnia do portu przybił wycieczkowiec.

Zanim pasażerów wypuszcza się w porcie, godzina powrotu tłumaczona jest wielokrotnie i łopatologicznie. Opóźnienia wypłynięcia statku są potwornie drogie, więc spóźnialscy muszą na własny koszt dotrzeć do kolejnego portu, żeby wrócić na pokład. Jeśli nie widzieliście filmików pokazujących spóźnionych rejsowiczów wracających na nadbrzeże, to gorąco polecam, na przykład ten. W Fort de France zdarza się to podobno wystarczająco często, że tuż przy miejscu dokowania wycieczkowców zbudowano drogi hotel. C'est la vie, suckers!

Do Café Milano trafiliśmy przypadkiem i wracaliśmy kilka razy na leniwe partyjki tryk-traka. To miejsce, choć w centrum miasta, zupełnie nie istnieje na turystycznym radarze. 

Najlepsza cukiernia w mieście, Pâtisserie du Boulevard. Okazji zjedzenia napoleonek się nie przepuszcza.

Wiem, wiem. Pewnie pukacie się w głowę jak mówię, że najlepszą pizzę wypiekają Czesi i wcale mi nie uwierzycie, że facet z Martyniki zawstydziłby swoimi plackami wiele włoskich restauracji. No ale co mam zrobić, mówię jak jest! Do Le Capri & Marty's Crepes w uliczce za cmentarzem pędziliśmy kilka razy z obłędem w oczach. Tutaj właściciel coś mówi (pewnie zamawia deser dla nowożeńców).

Miał być mały samochodzik z ręczną skrzynią, a skończyło się na krowie z automatem.

Nasze Airbnb. Johann mieszka w Paryżu i jego mieszkanie stoi puste. Dotarliśmy z lotniska źli i głodni, taksówkarz próbował nas naciągnąć, było bardzo późno, w Fort de France trwał festiwal i ulice pełne były pijanych facetów, a przed domem czekał na nas tato Johanna z uśmiechem, Google Translate w telefonie i zapasem jedzenia. 

W Stanach nie zdarzają się kuchenki gazowe bez automatycznego zapalnika, więc goście zawsze przechodzą przez pantomimiczny kurs zapalania kuchenki zapałką.

Widok z naszego okna.

Popołudniami życie przenosi się do domów i już nie wraca.


Sunday, January 7, 2018

Hey, there's something you could've wished for: human-sized teeth.

Szczęśliwego 2018!!
Życzę Wam tego, czego życzę sobie: mniej stresu, więcej lenistwa bez wyrzutów sumienia, więcej dbania o siebie i własne potrzeby, mniej złego szaleństwa, więcej dobrego szaleństwa, stada dobrych ludzi, jedzenia dla którego warto rozciągnąć żołądek, momentów które mogłyby się nie kończyć, stymulujących głowę doświadczeń i drugich połówek dla których warto skakać w ogień.



Miały być bardziej wymyślne zdjęcia, ale w bateria do lustrzanki się rozładowała. A kiedy odżyła, okazało się, że statyw gdzieś nam wciągnęło. A potem pierwsze dni stycznia tak szybko przeleciały! Czyli rok może nowy, ale u nas wszystko po staremu.

Najlepsze momenty 2017 w kolejności chronologicznej: Meksyk, firmowy wyjazd do Teksasu, weekend z chłopakami na kalifornijskim wybrzeżu (chyba jeszcze Wam nie opowiadałam?) i z przyjaciółmi w Seattle, zamalowanie ostatnich brudnych ścian w naszym chlewiku, wiosenny maraton krakowsko-parysko-czesko-toskański, solo lato w Kalifornii (boże, jakie mieszkanie tylko z kotem jest piękne), nowa sokowirówka i hektolitry soków (będę Ci mamo robić), obsesja na punkcie brzydkich warzyw (muszę się hamować żeby każdego sobotniego pudła na Instagramie nie pokazywać), kolejne szkolenie w Disney, koncerty Vance Joy (będziemy razem, muszę się tylko Lee jakoś pozbyć) i LP.

Najgorszych było zdecydowanie mniej, ale przez cały rok walczyłam też ze straszliwym przepracowaniem, stresem i frustracjami, i obiecywałam sobie, że ten rok będzie inny. Tak więc 2018 zaczynam zmianą pracy na bezstresowe nudziarstwo i wyjazdem do Wietnamu. Ale najpierw Boston i bombogeneza. Muszę tylko zimowe ciuchy odnaleźć.



A tutaj życzenia na 2011, 2012, 2013, 2014, 2015, 2016 (a życzenia na 2017 zgubiły się na meksykańskiej plaży, żałuję tylko trochę).

Sunday, December 17, 2017

That's one small step for a krill, one giant leap for spineless invertebrates.


O mojej dość dziwacznej obsesji z ciężkim sprzętem wojskowym pisałam już tutaj. No nie wiem dlaczego na widok wojskowych samolotów, okrętów i helikopterów miękną mi kolana. A na widok okrętów podwodnych, lotniskowców i lodołamaczy z napędem nuklearnym mięknie mi wszystko.

W każdym razie kiedy odkryłam, że przerobiony na muzeum lotniskowiec USS Hornet zacumowany jest 20 min od nas, trochę poszło mi do głowy. Lee na moje ekscytacje około-wojskowe reaguje podobnie jak na ekscytacje około-pustynne - ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Po latach w armii i miesiącach na pustyni wystarczy mu obu na resztę życia. Wie jednak, że z wariatami się nie dyskutuje. 20 min później dosłownie biegłam z parkingu na pokład. 


USS Hornet z emerytury do służby wracał dwa razy, ale ostatecznie w stan spoczynku przeszedł 47 lat temu. Nadal jest jednak bestią.

W tle San Francisco i Bay Bridge.

USS Hornet tak nas nastroił, że zaraz po powrocie do domu obejrzeliśmy Top Gun. I okazuje się, że nudziarski Mike Monroe z Przystanku Alaska nudził już w latach osiemdziesiątych jako Goose.


Po dwóch górnych pokładach można chodzić samemu, ale w prawdziwe bebechy okrętu wejść można tylko z przewodnikiem. Przewodnikami są siedemdziesięcioletni wolontariusze - emerytowani marynarze, którzy służyli kiedyś na USS Hornet. Dziadkowie są niesamowici. Wszystko wiedzą, znają każdy zakamarek i biegają po stromych schodach tak, że trudno za nimi nadążyć.


Zwiedzać mieliśmy tylko siłownię i kotłownię, ale zadałam tyle pytań na temat kubryk, łazienek, kuchni i jedzenia, że nasz dziadek wydłużył plan zwiedzania i przeciągnął całą grupę po bardziej ekscytujących częściach bebechów.

USS Hornet służył przez dwadzieścia lat, najbardziej aktywnie na Pacyfiku w czasie II wojnie światowej. Zaatakowany był prawie 60 razy. Okręt i jego flota stu myśliwców i bombowców zatopiła ponad 70 statków, zestrzeliła prawie 700 japońskich samolotów i drugie tyle zniszczyła na ziemi. Zrzuciła prawie 18 tysięcy bomb, wystrzeliła 6 tysięcy rakiet i ponad 100 torped. Ponad 300 marynarzy straciło życie na pokładzie - w akcji, w strasznych wypadkach i z własnych rąk. USS Hornet miał najwyższe samobójcze statystyki w amerykańskiej marynarce. Wiecie pewnie do czego zmierzam. To podobno najbardziej nawiedzona jednostka w Stanach. O swoich doświadczeniach ze zjawami z II w.ś. opowiadają i dawni marynarze, i goście, i pracownicy odnawiający elementy statku. Historii jest naprawdę zatrzęsienie, a niektóre zjawy pojawiają się tak często, że od razu wiadomo kto zacz - np. ten co zawsze pali fajkę przy windzie, albo ten w białym mundurze co zawsze znika w składziku. 

Kilka razy w roku USS Hornet organizuje zwiedzanie połączone z noclegiem na pokładzie.  Trzeba przynieść ze sobą śpiwór, butelkę na wodę i latarkę. Śpi się w kubrykach załogi i je w mesie. Niewiele osób wraca. Narzekań jest w internecie cała masa. A to ktoś nie mógł spać bo ktoś mu od spodu w koję kopał, ale nikt pod nim nie spał. A to na kogoś nakrzyczała zjawa, że zajął jej miejsce. A to kogoś w pustym pomieszczeniu ktoś popchnął.


Tace na jedzenie. Coś w tych tacach z wytłoczonymi miejscami na jedzenie jest. I w bento też. Co nieee? Z cyklu zwierzenia OCD.


Ta kuchnia wydawała posiłki dla 2600 osób. W menu często przewijały się podobno kanapki z tęczową szynka - z wielkie zamrożone szynki rozmrażano, gotowano, krojono i często ponownie zamrażano. W jednej kanapce trafiały się więc plasterki w bardzo różnym wieku.

Okrętowa piekarnia. Dopytywałam się jaki chleb pieczono, bo wydawało mi się, że lata 40-ste to były jeszcze czasy chleba przedgąbkowego, ale doczytałam potem, że Amerykanie gąbkę jedzą już od lat 20-tych. Ech. Co przypomina mi, że miałam spróbować chleba w puszce. W zeszłym roku w ramach wolontariatu segregowałam dary w bostońskim banku żywności i taśmą nadjechał chleb w puszce. Z mojego zdziwienia rechotała cała grupa.

Wymęczyłam również zobaczenie łazienek i teraz choruję na taką podłogę.

Ostatnie misje USS Hornet nie wyprodukowały chyba żadnych umęczonych zjaw. Był on okrętem poszukiwawczym dla wracających z Księżyca misji Apollo 11 i 12. Nurkowie pomagali w transferze astronautów z modułu dowodzenia do helikoptera, który dostarczał  ich prosto do kwarantanny na okręcie. Zobaczcie tutaj jak Nixon wita Armstronga, Aldrina i Collinsa na pokładzie. Zastanawiacie się w czym astronauci siedzą? Ano w kultowej przyczepie Airstream przerobionej na izolatkę. Okręt przyczepę z wkładką dostarczył na Hawaje, a stamtąd samolotem przetransportowano ją do Houston, gdzie astronauci dokończyli kwarantannę w Centrum Lotów Kosmicznych.