Sunday, April 7, 2019

I have one question for you: do you shit gold? It's a simple "yes" or "no." Do. You. Shit. Gold?


Pamiętam jak kilka lat temu czytałam artykuł o wyjątkowej okazji: amerykański rząd poszukiwał kandydatów do zamieszkania w opuszczonym miasteczku z czasów gorączki złota. W zamian za opiekę nad miasteczkiem oferował darmowe zakwaterowanie w domu z epoki, pokrycie kosztów wyżywienia i odpoczynek od cywilizacyjnych wygód: internetu, zasięgu, prądu i bieżącej wody. Jako że co kilka lat miesięcy tygodni przechodzę przez kryzys egzystencjalny, poważnie zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie mnie szukają.

Że chodziło o Garnet w Montanie, połapałam się dopiero ostatnio, bo w nawrocie kryzysu przeglądam opcje teleportowania się na jakąś wyspę/plantację kawy/kozią farmę/stację kosmiczną/emeryturę. 

A w Garnet prawie niechcący zostaliśmy. A to było tak. Miasteczko jest ukryte w lasach na wysokości 1800m n.p.m. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy objechać góry najpierw doliną Bitterroot na północ, potem doliną Potomac na wschód. Bitterroot to łańcuch miasteczek, ale Potomac to pustkowie. W końcu z szosy wjechaliśmy w las i stromymi szutrówkami zaczęliśmy mozolnie wspinać się w górę. Zniknął zasięg. Wyżej i wyżej. Zimniej i zimniej. A potem odkryliśmy, że jedziemy na pustym baku.*

Do zamknięcia miasteczka pozostała godzina. Więc na wariata w dół do zasięgu, na stację benzynową, z powrotem na szutrówkę i 17 kilometrów leśną dziczą w górę. W tych górach znajduje się kilka osad i wszystkie są opuszczone. Klepaliśmy się po plecach, że nie próbowaliśmy wjechać na oparach. To byłaby bardzo zimna, bardzo straszna noc.


W tych okolicach funkcjonowało kilkanaście kopalni. Wydobywano tu między innymi złoto, srebro, kwarc i granat, od którego nazwę wziął Garnet (chrzanić granat, ale zobaczcie w jakiej pięknej pieczonej gorgonzoli czasem siedzi). Mniej lub bardziej kwalifikowani górnicy przewalali się przez góry od kopalni do kopalni w poszukiwaniu pracy, ale dopiero kiedy w jednej z nich trafiono na ogromne złoża złota, w 1895 roku Garnet nagle pojawił się na mapie i zaczął błyskawicznie się rozwijać.

W czasie największego boomu mieszkało tu nawet 1200 osób. Pojawiły się cztery hotele, cztery sklepy, trzynaście (!) saloonów, chińska pralnia, poczta, gabinet lekarski, dwa zakłady fryzjerskie oraz, co nietypowe dla miasteczek z czasów gorączki złota, szkoła z prawdziwego zdarzenia. Nietypowe było również to, jak bezpieczny był Garnet. Istniało więzienie, ale właściwie stało puste. Garnet posiadał również domy publiczne, ale nie jest jasne gdzie dokładnie się one znajdowały (ani jaki był cennik).

Po dwudziestu latach większe żyły złota zostały wybrane i miasteczko szybko niemal zupełnie opustoszało. Potem jeszcze na chwilę zostało ocucone w latach trzydziestych, kiedy ceny złota nagle się podwoiły i górnicy wrócili w obłędzie wydobywać resztki. A potem rozpoczęła się II wojna światowa, na używanym w kopalniach dynamicie łapę położyło wojsko, a wojenny przemysł zaczął kusić lepszymi zarobkami. Do połowy lat 40-tych roku Garnet ponownie opustoszał, a ostatni oficjalny mieszkaniec zmarł w 1947 roku. Ale w miasteczku nieoficjalnie pozostała jedna osoba - Marian Dahl, owdowiała właścicielka jednego z saloonów, która ze swojego ganku na ślepo strzelała do wandali i szabrowników.

A to ten ganek!

Dom Marion jest jednym z dwóch, które można wynająć w Garnet. Ale tylko w zimie! W lecie mieszkają tu woluntariusze zajmujący się miasteczkiem.

Garnet to jedno z najlepiej zachowanych opuszczonych miasteczek z czasów gorączki złota, ale jednocześnie zupełnie nie jest skomercjalizowane. Nie ma tu przesiewania piasku, pojedynków kowbojów, czy innych cyrków. Niesamowite, że przetrwało tak wiele budynków, zwłaszcza, że budowano je na gwałt i bez fundamentów, a wielki pożar w 1912 roku strawił połowę miasteczka, której nigdy nie odbudowano. 
W latach 60-tych do Garnet na chwilę wprowadziła się hippisowska komuna. Nic o tym okresie nie wiadomo i swędzi mnie, żeby się dowiedzieć więcej.

Długo siedziałam na wysypisku śmieci, bo kusiły mnie te wszystkie puszki (uczciwość wygrała).


Kelley's Saloon to jeden z dwóch saloonów, które przetrwały do dziś. 


Garnet podobno jest nawiedzone. Letni wolontariusze i zimowi goście regularnie opisują te same doświadczenia, najczęściej dźwięki muzyki i śmiech dochodzące właśnie z Kelly's.

Wytapetowane gazetami ściany salloonu zostały zabezpieczone pleksą.


The J.K. Wells Hotel był najbardziej nowoczesnym i luksusowym budynkiem w Garnet. Oprócz pokojów do wynajęcia, mieścił się tu salon dla kobiet i jadalnia, w której odbywały się bale.

Hotel również dostarcza wrażeń. Wolontariusze i zimowi goście donoszą, że często trzaskają tu drzwi, nawet te, których brakuje we framugach, a jeden z pokojów na piętrze często wypełnia się dymem z cygara. Jeśli kiedyś zostanę duchem, też będę trzaskać drzwiami.


W ciągu kilku lat od opuszczenia hotelu na wciąż posłanych łóżkach podobno wyrosły grzyby.

A tu trzecie piętro hotelu. Niskobudżetowym gościom zamiast pokoju wynajmowano wydzielony kawałek podłogi.

Po zrobieniu tego zdjęcia okropnie się pożarliśmy i poszliśmy w różne strony - ja zobaczyć domy na wzgórzu, a Lee jedyny zachowany sklep. Trochę kiepsko na tym wyszłam.

Nigdy nie zrozumiem tych małżeńskich wychodków. Siedziałabym tu ze strzelbą, jak Marian Dahl.

Garnet w latach świetności. Już kiedyś pisałam jak bardzo mi w duszy dłubią stare zdjęcia. Ale co mi to zdjęcie wydłubie, to mi to błoto zaraz wygładza.





*To właściwie nasz popisowy numer. Ja specjalizuję się również w nocnej jeździe bez świateł. Czekam na oferty pracy jako magik, kaskader lub dawca organów. Dziękuję.

Tuesday, February 26, 2019

Is that a llama... with a hammer?


Bardzo lubię chodzić do kina na filmy, o których zupełnie nic nie wiem. Mam wrażenie, że po większości zwiastunów już właściwie nie ma po co się fatygować. Końcówki seriali zapowiadające następny odcinek też są u nas w domu zdelegalizowane. Dzięki unikaniu spojlerów miałam wielką frajdę z Lobstera. A przez te cholerne zwiastuny na Gretę na pewno nie pójdę, bo wszystko już wiem.

Z podróżami coraz częściej też tak mam, że wolę wiedzieć mniej niż więcej. I czuję się szczęściarą, że załapałam się na podróże w prawdziwie nieznane, bo nieprzewidywalnym stopem w czasach sprzed internetu. Przepraszam na moment, muszę iść zażyć witaminy dla seniora i przykleić plastrem brwi do czoła.

W ten też sposób w Hamilton oszczędziłam sobie trzęsienia dupą. Mieszkaliśmy 30 minut za miastem i wpadaliśmy tu a to na targ, a to na obiad. I dopiero po powrocie odkryliśmy, że mieszczą się tu bardzo poważne laboratoria o najwyższym (czwartym) poziomie bezpieczeństwa biologicznego. Prowadzone są tutaj badania nad bakteriami wywołującymi paskudne choroby: gorączkę Q i tularemię. Gdybym wiedziała, pewnie od razu miałabym wszystkie objawy. 


Hamilton zostało założone pod koniec XIX w. przez Marcusa Daly, inżyniera geologa z niesamowitym nosem do biznesu. Podczas wizyty w miejscowej kopalni srebra, poniżej złóż srebra wypatrzył miedź. Kupił kopalnię, wydobył srebro, po czym zamknął kopalnię. Ceny ziemi spadły, Daly kupił wszystkie działki. W tym czasie furorę zaczęło robić elektryczne oświetlenie, ceny miedzi poszybowały w górę. Daly zaczął wydobywać największe złoża na świecie.

Taka ironia, że mam zdjęcia Filling Station Grille, w którym nie jedliśmy i żadnych zdjęć miejsc, w których jedliśmy. A Hamilton nieźle nas zaskoczyło, m.in. świetnymi wegańskimi opcjami w miejscowym browarze albo bardzo przyzwoitym sushi 750 kilometrów od oceanu.

Ale weranda, co?

Te zdjęcia są w kolorze. Słowo daję.

Rancho Bitterroot Bison to dość niezwykła hodowla. Choć ma 60% rynku na mięso bizona, to nie przypomina w żaden sposób typowej dla Stanów masowej produkcji. Właściciel Troy ostrożnie dogląda zwierząt (większość bizonów jest właściwie dzika), a dwa razy w tygodniu niespodziewanie strzela im w łeb. 
Kilka lat temu część stada znalazła dziurę w siatce i przez pięć dni maszerowała na zachód. A potem nagle zmieniła zdanie i przez noc wróciła na ranczo. Niezbadane są wyroki bizonie.

Z Montany przywieźliśmy: kuchenne ścierki z Indii, bambusowe noże niewiadomo skąd, świeczkę z Tennessee, ostry sos jagodowy z Montany, musztardę figową z Kanady, słoik misia niewiadomo skąd i wyciskarkę do cytrusów z Polski. Przeklęta/blogosławiona globalizacja.